wtorek, 21 listopada 2017

Spełnione marzenie, czy totalny bubel?

Spełnione marzenie, czy totalny bubel?

   Ostatnimi czasy jeszcze bardziej wkręciłam się we wszystkie świeczkowe tematy, spisałam całą długaśną listę wszystkich zapachów najpopularniejszych firm (czyli yankee i kringle) które chciałabym kupić. Szczególnie szukam czegoś, co będzie mi towarzyszyć w święta. Przejrzałam wszystkie strony, blogi, recenzje i ciężko było mi się zdecydować. Wtedy mnie olśniło... chcę zapach marcepanu! Może to śmieszne, ale marcepan to ulubiona słodkość mojego dziadka i nieodłącznie kojarzy mi się ze świętami! Myślę sobie, no przecież to tylko marcepan, znajdę świeczki o zapachu ogniska, kasztanów i deszczu, a nie znajdę marcepanu?! No jak się okazało nie :P Jeżeli któraś z was zna jakieś woski zapachowe, które mają jakieś nuty marcepanu, proszę napiszcie mi w komentarzu, a ja pociągnę tą historię dalej :D. Postanowiłam nie odpuszczać, no przecież ile jest firm produkujących świeczki.. ktoś musiał wpaść na ten pomysł! Pobiegłam więc do tk maxxa i akurat trafiłam na dostawę świeczek! Pełne półki, wybierania na trzy godziny! Ale ja wiedziałam po co przyszłam, więc szło mi całkiem sprawnie i... szybko udało mi się znaleźć właśnie TO. 


    Spójrzcie tylko na te cudo! Przepiękna puszeczka, kolorowa i przesłodka a na dodatek - pachnąca marcepanem. Prezentuje się nieziemsko, ma 200ml, znajdziemy też informacje, że jest to produkt handmade pochodzący z Londynu. Świetnie, ale... nie znajdziemy informacji o firmie? Żadnej nazwy, logo, strony internetowej. Nie wiem jak to jest możliwe, przeszukałam cały internet, próbowałam różnymi hasłami i niestety nie znalazłam. Wybiorę się jeszcze raz do sklepu i spojrzę, czy te świeczki nie były w jakimś kartoniku, bo to niemożliwe, żeby na produkcie nie było informacji o firmie. Co dziwniejsze, ten zapach nie ma konkretnej nazwy, jak widzicie, na puszce jest tylko ten długaśny napis, znany z internetu.


    Wracając do samej świeczki, na sucho pachnie bardzo, bardzo intensywnie. To taki wręcz killer i nie mogłam się doczekać jej odpalenia. W końcu nastał ten dzień i już wiem, że moje małe marzenie zostało spełnione! Świeczka niedługo po rozpaleniu zaczyna uwalniać piękny, słodki migdałowy zapach marcepanu. Jeżeli chodzi o moc zapachu, to jest ona wręcz idealna, nie jest za słaby, ale też nie za mocny, nie wywołuje bólu głowy i śmiało można go odpalić nawet w mniejszym pomieszczeniu. Świeczka pali się równomiernie, cały czas podbijając zapach. Jestem w niej totalnie zakochana. Dodatkowo cieszy mnie fakt, że po wypaleniu świecy, zostanie mi puszka z mega słodkim wzorkiem, do przechowywania pierdółek. Mam nadzieję, że uda mi się odkryć, co to za firma, albo chociaż kupić kolejną świecę o tym zapachu, bo jest przepiękna. 



Może Wy kojarzycie co to może być za firma? Może znacie je z tk maxxa? A może kojarzycie jakieś woski yankee lub kringle, które mają nuty marcepanu? :) 

niedziela, 19 listopada 2017

Tony Moly I'm Real, Aloe Mask Sheet

Tony Moly I'm Real, Aloe Mask Sheet

     Dzisiaj przychodzę do was z recenzją kolejnej maseczki z serii Tony Moly I'm Real. Tym razem padło na wersję aloesową, czyli mocno nawilżającą. Po kilku wpadkach z tej serii, nareszcie zaczęły one spełniać moje oczekiwania. Myślę, że przy następnym zamówieniu wybiorę już, tylko te wersje, które mi się sprawdziły najlepiej. :)
     W przypadku aloesu, wszystko było na plus. Jak zwykle opakowanie łatwo się otwiera, nawet bez nożyczek. Płachta jest bardzo mocno nasączona, aż z niej kapie, trzeba ją troszkę odcisnąć, a resztę esencji najlepiej wmasować w ciało, lub zostawić w pudełeczku do używania jako serum przez następne dni. Zapach ma przyjemny, taki raczej neutralny, powiem szczerze, że trochę się rozczarowałam, bo po tej serii spodziewałam się ładniejszych zapachów, ale to tylko takie moje narzekanie, bo wiadomo, że maseczki nie są od pachnienia, tylko od działania. :D


    Więc jeżeli chodzi o działanie, to jestem bardzo zadowolona. Maseczka świetnie nawilżyła skórę, redukując przy tym zaczerwienienia. Oprócz tego pięknie wyrównała koloryt cery, rozjaśniła ją. Skóra była napięta, wiadomo, że to raczej jednorazowy efekt, ale przy regularnym stosowaniu na pewno stan cery dużo się polepsza. Efekt rozjaśnionej i promiennej skóry utrzymywał się natomiast kilka dni. Nie wystąpiły żadne podrażnienia, nie pojawiły się nowe "problemy". Esencja jak zwykle na buzi stworzyła lekko lepką warstwę. Oceniam ją na duży + i myślę, że sięgnę po nią ponownie.



Od tej pory chyba jednak przerzucę się na recenzje zbiorcze :) Przynajmniej przy tej serii, mam wrażenie, że wypadnie to lepiej. Co uważacie? :) O czym chętnie byście poczytały? :)

Oczywiście chciałam też serdecznie podziękować za 100 obserwatora. Nie spodziewałam się, że w takim tempie zbierze się was tu aż tyle. :) Jest mi bardzo miło, mam nadzieję, że dalej będzie was przybywać, a na 150 obserwatora może przygotuję jakąś niespodziankę... Co Wy na to? :) 


czwartek, 16 listopada 2017

Loreal, żele z serii czysta glinka

Loreal, żele z serii czysta glinka

     Już jakiś czas temu dostałam się do testowania produktów loreal na wizażu. Bardzo się ucieszyłam, że oprócz maski z tego posta >klik< w mojej paczce znalazły się trzy żele do buzi. Chciałam je już wypróbować jakiś czas temu, ale jakoś było mi nie po drodze. Jak na razie u nas dostępne są trzy wersje tych żeli z serii czysta glinka: 
  • żel oczyszczający - 3 czyste glinki + eukaliptus 
  • żel detoksujący - 3 czyste glinki + węgiel
  • żel peelingujący - 3 czyste glinki + czerwone algi 
     Zacznę od tego co je łączy, czyli - opakowanie. Wszystkie zamknięte są w tubkach, ogólnie uważam to za średni pomysł. Świetnie się prezentują na półce, ale dużo wygodniejsza byłaby aplikacja z buteleczki z pompką. Tubki są porządne, raczej nie mają prawa się zniszczyć, nawet w podróży, mają ciekawy kształt. Szata graficzna jest super, bez zbędnych udziwnień. Wszystkie żele według producenta nadają się do codziennego użytku, są do zmywania i testowane dermatologicznie. Tubki są dość spore, mają 150ml, a produkty są naprawdę bardzo wydajne, możemy ich używać 12 miesięcy od otwarcia produktu. "3 czyste glinki" zawarte są w każdym z żeli i są to:
  • kaolin - doskonale absorbuje zanieczyszczenia i nadmiar sebum.
  • montmorylonit - pomaga zredukować niedoskonałości
  • ghassoul - zawiera oligoelementy rozjaśniające skórę

czyste glinki + eukaliptus


   Jak widać, jest to wersja zielona, którą testowałam jako pierwszą. Eukaliptus ma właściwości oczyszczające, stąd nazwa akurat tej wersji. Jeżeli chodzi o konsystencję produktu, to moim zdaniem jest idealna. Lekko gęsta, przez co nie spływa nam z buzi, ani z dłoni przy aplikacji. Dobrze rozprowadza się na buzi, dość mocno się pieni. Pachnie bardzo intensywnie, wiadomo, nie każdy będzie miał takie same odczucia co do zapachu - moim zdaniem, jest on taki średni. Niby świeży, ale chyba jednak trochę za mocny. Żel nie zawiera żadnych drobinek, bardzo dobrze oczyszcza skórę buzi i nie ma problemu z jego zmyciem. Po regularnym stosowaniu zauważyłam, że ilość zaskórników się zmniejszyła, buzia była oczyszczona i odżywiona. Niestety też zauważyłam, że cera była ściągnięta i po prostu przesuszona. Zgadzam się w pełni z tym, że żel świetnie matuje, niestety kosztem przesuszenia. Po nałożeniu grubej warstwy kremu uczucie znikało. 

czyste glinki + węgiel


     Tego węgla ostatnio pełno wszędzie, jak nie od dziś wiadomo ma właściwości oczyszczające i absorbujące, a ta wersja nazwana została detoksującą. Była ona drugą, testowaną przeze mnie i tym razem jestem mniej zadowolona. Już na samym początku rozczarowałam się konsystencją. Spodziewałam się, że te produkty raczej będą się zachowywać podobnie, natomiast ten żel okazał się dużo rzadszy, trochę przypominał kisiel w konsystencji. Wraz z tubką jest to niestety słabe połączenie, bo żel po prostu z niej wyciekał, gdy np. kładłam ją otwartą na umywalce. Zapach ma przyjemny, nie mam mu nic do zarzucenia. Jeżeli chodzi o efekty po stosowaniu to również ten żel okazał się najsłabszy z całej trójki, przynajmniej w moim odczuciu. Raczej zebrał tylko powierzchowne zanieczyszczenia na buzi, bez oczyszczenia cery i porów. Oprócz tego również przesuszał skórę. W tym przypadku jestem na nie.

czyste glinki + czerwone algi


     Ostatnia wersja, której najbardziej wyczekiwałam, a to co najlepsze zawsze zostawiam na koniec! Żel konsystencją jest bardzo podobny do zielonego, co mi odpowiada. Jedyna różnica jest taka, że ten żel peelingujący -można się domyślić zawiera drobinki. Są one dość delikatne, ale dobrze masują skórę i zdzierają martwy naskórek. Nie do końca zgadzam się z tym, że jest to żel do używania na co dzień, ale to każda z nas może dostosować odpowiednio pod siebie. Zapach żelu jest trochę nieprzyjemny, ale da się to znieść. Tak jak poprzednicy dobrze się pieni, równie dobrze się zmywa. Jego stosowanie jest przyjemnością. Faktycznie zwęża pory, są mniej widoczne i nawet oczyszczone. Moim zdaniem jest to najfajniejsza wersja, postawiłabym ją na równi z zieloną. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że nadaje się do codziennego użytku, ale i tak mega mnie zaskoczyła.



Podsumowując, jestem pozytywnie zaskoczona tym testem, produkty okazały się super, oprócz tego czarnego nie wypału. :) Pamiętajcie, że każda cera reaguje inaczej i to wcale nie oznacza, że u was ten żel się nie sprawdzi :D. 

Znacie serię czysta glinka? :) 

poniedziałek, 13 listopada 2017

L'oreal czysta glinka, maska przeciw niedoskonałościom

L'oreal czysta glinka, maska przeciw niedoskonałościom

    Ostatnio poszczęściło mi się jeżeli chodzi o testowanie, więc będzie dużo nowości na blogu! Pierwszą rzeczą, którą wypróbowałam jest maseczka l'oreal czysta glinka, wersja niebieska przeciw niedoskonałościom. Chyba jak większość z nas, miałam okazje testować wersję czarną i zieloną z próbek, które rozsyłali. Wersja zielona totalnie mnie rozczarowała, z czarną było już lepiej. Od tamtej pory marzyła mi się czerwona, a chwilę później na rynkach zagranicznych zobaczyłam dwie nowe wersje - niebieską i żółtą! Jak tylko zobaczyłam na wizażu testowanie zestawu l'oreal to od razu się zgłosiłam i udało się! Do testu dostałam tą maseczkę + zestaw trzech żeli, ale o nich mowa będzie następnym razem. Maska jest oczywiście z serii czysta glinka loreal, akurat ta niebieska to trzy glinki + algi morskie.

Zacznę od obietnic producenta:
  • redukuje zaskórniki, zwęża pory
  • zawiera 3 glinki + ekstrakt z alg morskich
  • starcza na 10 aplikacji
  • nie wysusza skóry
  • zapewnia oczyszczoną i matową skórę
Maseczka zawiera trzy glinki + algi morskie:
  • kaolin - absorbuje zanieczyszczenia i nadmiar sebum
  • montmorylonit - redukuje niedoskonałości
  • ghassoul - rozjaśnia skórę
  • algi morskie - redukują zaskórniki

      Z racji tego, że wcześniejsze wersje średnio mi się sprawdziły, do testu tej podeszłam na spokojnie. Nie używałam żadnych nowych kosmetyków, żeby sprawdzić, czy akurat ona nie wywoła jakieś negatywnej reakcji. Zacznę od tego, że wielu z was podoba się ten szklany słoiczek, mi akurat średnio. Uważam, że jest to mało higieniczne, oprócz tego słoiczek jest szklany, więc jest spore (w moim przypadku) prawdopodobieństwo jego zbicia. Plusikiem jest to, że po odkręceniu jest jeszcze plastikowa osłonka maseczki. Maska ma kremową konsystencję, bardzo wygodnie się rozprowadza i palcami i pędzelkiem. Na buzi ma świetny, metaliczny niebieski kolor! Pachnie dość intensywnie, trochę glinkowo, ogólnie do zniesienia. Maseczka zasycha na buzi, ale nie zmienia się w taką okropną skorupkę. Dość łatwo się ją zmywa, co mnie zaskoczyło, bo przy poprzednich wersjach był to dla mnie problem.


     Po zmyciu buzia jest gładziutka.. wszystkie zaczerwienia się ładnie rozjaśniły, pory faktycznie były widocznie oczyszczone i zwężone. Skóra była matowa, ale nie ściągnięta i nie przesuszona. Obserwowałam moją buzię i nie powstały żadne nowe krostki, a wszystkie wcześniejsze zdecydowanie szybciej znikały. Ogólnie jestem w szoku, jak pozytywnie sprawdziła się u mnie ta maseczka, bo zupełnie się tego nie spodziewałam. Muszę powiedzieć, że tym razem producent z tymi obietnicami nie przesadził! Przy regularnym stosowaniu naprawdę widać poprawę cery, nie jest to efekt jednorazowy. Oprócz tego ten słoiczek spokojnie starcza na więcej niż 10 aplikacji. Mam nadzieję, że wersja żółta też niedługo wejdzie na nasz rynek i równie fajnie mi się sprawdzi! :)

Stosowałyście? A może polujecie na nią? :) 

sobota, 11 listopada 2017

Yope, Naturalne mydła w płynie

Yope, Naturalne mydła w płynie


     Marka YOPE ostatnio zdobywa na popularności, więc i ja zapragnęłam ich produktów. Na początku słyszałam tylko o ich środkach czystości, które są ekologiczne i dobre dla środowiska. Potem na języki weszły mydła i żele pod prysznic,a teraz na topie są ich kremy do rąk. Jak na razie dane mi było wypróbować tylko mydełka, z powyższych próbek i środki czystości. Na mojej wish liście, są kremy do rąk, na pewno je kupię, tylko trochę zużyję z moich zapasowych. :)


   Próbki yope dostałam, jedną po znajomości, drugą w sklepie krem de la krem do mojego zamówienia >klik<.  Byłam bardzo wdzięczna, bo chciałam przetestować je od dawna, a te produkty mają jednak specyficzne zapachy. Środki czystości wybrałam w wersji zielonej herbaty, która chyba do tej pory zostaje moją ulubioną wersją. Jak widać mydełka trafiły mi się w wersji waniliowej i imbirowej. Oba zapachy są przeze mnie dość lubiane, szczególnie wanilia, bo lubię słodkości. Próbki zamknięte są w bardzo zgrabnych i dość sporych saszetkach. Jedna z nich spokojnie starcza na kilka użyć i pozwala nam dość dobrze poznać produkt. Wracając do zapachów i moich odczuć - zdecydowanie wygrała wersja waniliowa. Oba mydełka są bardzo gęste, powiedziałabym nawet, że lekko żelowe. Pomimo naturalnych składów, świetnie się pienią, usuwają zanieczyszczenia i brzydkie zapachy. Zapach dość intensywnie utrzymuje się na łapkach jeszcze przez dłuższą chwilę. Produkty bardzo mi się spodobały i rozważam zakup pełnowymiarowych opakowań, chętnie poznam też inne warianty zapachowe.

Znacie markę i jej produkty? :) 

Zapraszam na blogowego instagrama! :) >klik<

wtorek, 7 listopada 2017

LUSH, Snow fairy body contidioner

LUSH, Snow fairy body contidioner
     Body conditioner chyba nie ma typowego odpowiednika po polsku. Odżywka do ciała, brzmi średnio, więc po swojemu nazwę to odżywczym balsamem do ciała. Ta nazwa też nie do końca mi pasuję, bo ten produkt stosuje się pod prysznicem. Jeżeli mam go porównać z produktami dostępnymi na naszym rynku, a przynajmniej z nazewnictwem, to określiłabym to balsamem pod prysznic. Wiecie jak to jest, niby zbędny kosmetyk. Ja zalety balsamów do ciała poznałam dopiero niedawno, zaczynając regularne balsamowanie. Jestem leniuszkiem, poza tym okropnie nie lubię jak ciało mi się lepi, balsam nie wchłania i te rzeczy. Z naszych dostępnych na rynku produktów testowałam tylko balsam pod prysznic nivea, który dla mnie okazał się zwykłym żelem pod prysznic, który nie dał żadnego efektu.


     Wersja zapachowa którą wybrałam to snow fairy, jest to jeszcze "stara" wersja, bo teraz można te balsamy dostać również w wersji naked, czyli bez opakowania. Nie znałam zapachu, kupowałam na szybko, sprawdziłam na internecie i jak tylko zobaczyłam wisienki w składzie, to go wzięłam. Po otworzeniu trochę się zdziwiłam, bo produkt pachnie dla mnie gumą balonową. Zapach jest bardzo intensywny, ale niezbyt słodki. Nie jestem największą fanką gumy balonowej, ale ten zapach mi nie przeszkadza. Opakowanie jest bardzo zgrabne, jak wiadomo  w przypadku LUSH'a te kubeczki poddawane są wielokrotnemu recyklingowi. Na opakowaniu jest nazwa, skład, data produkcji i ważności i przeurocza naklejka z podobizną osoby, która przygotowywała produkt. Uważam, że to świetna opcja, i zawsze na to zerkam.


     W końcu nastał dzień na premierę pod prysznicem i pomijając moje zachwyty nad marką, ten produkt jest naprawdę super. Ma bardzo kremową konsystencję, lekko galaretkowatą, nie utrudnia to w żaden sposób korzystanie z produktu. Nanosimy go pod prysznicem, po umyciu ciała. Jako, że jest to balsam, nie powstaje żadna piana, tylko tłusta warstwa, którą wyczuwamy od razu w momencie rozprowadzenia produktu na ciele. Błyskawicznie ona znika, a produkt świetnie i ekspresowo się wchłania. Zapach unosi się szybciutko w całej łazience, produkty lusha to mają do siebie, że służą również jako zapach do łazienki przez kolejne dwa dni :P. Odżywka okazała się dość wydajna, bałam się trochę, że moje małe pudełeczko zużyję na raz, a tu spokojnie starczy na kilka.


      Po wyjściu spod prysznica nie tarłam ciała mocno ręcznikiem, nie bez przesady, że "głaskałam" ciało, po prostu zrobiłam to trochę delikatniej. Z efektu jestem zachwycona, bo po raz pierwszy po takim produkcie poczułam, że aplikacja balsamu nie jest już potrzeba. Skóra była gładziutka, nawilżona, pachnąca. Na początku czułam jeszcze lekko tłustą otoczkę, ale do momentu wyjścia z łazienki wszystko się już ładnie wchłonęło. Uważam, że jest to genialne rozwiązanie, szczególnie w zimie, gdy zaraz po prysznicu wskakujemy w długie, polarowe spodnie i nie mamy ochoty czekać na wchłonięcie się balsamu. 

Jeżeli macie okazję, koniecznie przetestujcie kosmetyki lusha! :)

niedziela, 5 listopada 2017

Włosing - październik

Włosing - październik

     Hej! W tym miesiącu chcę zacząć nowy projekt na tym blogu, czyli comiesięczne podsumowanie włosowej pielęgnacji. Nie jestem pewna, czy zaczęcie od tego miesiąca jest dobre, nie będę oszukiwać, było słabo. Niestety dopadła mnie choroba więc i pielęgnacje sobie zaniedbałam bo po prostu nie miałam na to siły. Ważne jest to, że mówię jak jest, nie będę zmyślać, że każdy miesiąc jest udany i pełen nowości :P. Żeby wpis łatwiej się czytało, podzielę go po prostu na kategorie, zaraz zobaczycie jak to będzie wyglądać. Dodam też, że jestem osobą, która nie lubi mieć otwartych za dużo produktów na raz, co może skutkować tym, że kilka miesięcy jakiś produkt będzie się powtarzał. No, ale już bez przedłużania zaczynamy!


1. Szampony
W październiku towarzyszyły mi trzy szampony:
Bania Agafii, rokitnikowy szampon do włosów zwiększający objętość
Całkiem fajny, przyjemny zapach. Świetnie się pieni, na drugim miejscu w składzie sls, co niestety skutkuje u mnie przetłuszczoną skórą głowy już następnego dnia, używany raz na jakiś czas dla porządnego oczyszczenia.

O'herbal, do włosów przetłuszczających się
Uwielbiam zapach tego szamponu! Kojarzy mi się ze świeżą miętą. Szampon świetnie odświeża skórę głowy, ogólnie jest średnio silny, dla mnie nadawałby się nawet na co dzień. Mega wydajny, dość tani, fajna cena za ogromną butlę.

Sylveco, odbudowujący szampon pszeniczno-owsiany
Jestem z niego ogromnie zadowolona. Wstyd się przyznać, ale to mój pierwszy w pełni delikatny szampon. Szampon bez silnego detergentu zbawiennie zadziałał na mój skalp. Nie miałam żadnego problemu z niedomytymi włosami ani przesuszoną skórą głowy. Włosy się nie plączą, a co najważniejsze utrzymują świeżość ok.3 dni.


2. Odżywki/maski
Kallos Cherry
Pokochałam ją za zapach! Jest mega wydajna, ma świetną konsystencję, często podkręcałam ją żelem aloesowym. Zdarzało mi się ją też nakładać z olejami. Ogólnie kallosy są świetne dla takich mieszanek, nie wyobrażam sobie nie mieć jakiegoś w łazience.

Drożdzowa Banii Agafii
Ta odżywka też mega przypadła mi do gustu ze względu na zapach, ale wiem, że opinie o nim są przeróżne i dużej ilości osób on nie podchodzi. W składzie nie posiada silikonów, ale też raczej nie nakładam jej na skalp. Jest rzadka, co też nie każdemu się podoba. Włosy gładkie, pachnące i odżywione.

Cien, odbudowująca z keratyną
Kupiłam ją na próbę na promocji w lidlu, gdzie kosztowała mnie jakieś grosze. Niestety w tym przypadku zapach totalnie skreśla dla mnie ten produkt, bo jest mocno perfumowany. Po zmyciu jej z włosów, czułam się jakby ktoś wypsikał moją głowę jakimś bardzo intensywnym zapachem. Ogólnie jeżeli chodzi o proteinki, myślę, że spoko. Na pewno ją zużyję, ale raczej nie kupię następnej.


3. Olejowanie + podkład
Isana, olejek do włosów intensiv
Mega przyjemny olejek, bardzo wydajny i przepięknie pachnący. Raczej dodaję go to maski, nie nakładam go na skalp, bo nie jest to czysty olej. Pięknie wygładza włosy, chroni je też przed wysoką temperaturę.

Etja olej ze słodkich migdałów
Olej który śmiało kładłam na całą długość włosów i odrobinę na skalp. Chwilowo mam wrażenie, że moim włosom odpowiadają wszystkie oleje, bo jeszcze nie miałam takiego, którego nie polubiły :D. Regularne olejowanie przynosi świetne efekty, więc polecam.

Woda różana
Podkład pod olej, który stosowałam najczęściej w tym miesiącu. Miałam jakąś resztkę wody różanej z avonu, już się skończyła i teraz mam czystą z KTC, więc mam nadzieję, że efekty będą jeszcze fajniejsze.


4. Peeling/wcierka
Glinka różowa
To pierwsza glinka jaką wykorzystuję do peelingu i jak na razie ostatnia. Jak pisałam wcześniej, nie mam zamiaru kupować kolejnej, dopóki tej nie skończę. Peeling skóry głowy w tym miesiącu zaniedbałam, ale postaram się robić go częściej, bo efekty są cudowne. Świeżość przez kilka dni, bez użycia szamponu!

Jeżeli chodzi o wcierki, na razie mam chwilę przerwy po jantarze, a w listopadzie chyba zacznę z Banfi. :)


5. Serum silikonowe
greenexlir - argan oil i blackseed oil.
"Olejki" z czarnuszki i arganowy, czyli po prostu serum silikonowe do zabezpieczenia końcówek. Uwielbiam te z czarnuszką, bo przepięknie pachnie, ale oba robią swoją robotę, są tanie, wydajne i super! :) Włosy się nie plączą, są wygładzone, a końcówki wolniej się rozdwajają :).

Podsumowując, to moja pielęgnacja w tym miesiącu. Mam nadzieję, że w listopadzie peeling wskoczy częściej, do olejowania chyba dodam jeszcze jeden olej i może zacznę ze wcierką. :)

Podobają wam się takie wpisy?


Copyright © 2016 małe życie , Blogger