piątek, 29 grudnia 2017

Ulubieńcy jesień/zima 2017!

Ulubieńcy jesień/zima 2017!

   Dzisiaj przychodzę do was z listą kosmetyków, które wpisują się na listę "ulubione". Nie często się zdarza, że w tak krótkim czasie znajduję tyle cudnych produktów, ale ostatnie miesiące były naprawdę obfite w testy i nowości. Sporo kosmetyków mam nowych, sporo oczywiście z zapasów, ale jest też parę perełek, które mam z wymian, lub po prostu dostałam. Nie przedłużając dalej, przechodzę do konkretów, a wy koniecznie dajcie znać czy znacie te produkty i jak podoba wam się ta forma podsumowania! :)


Żel pod prysznic yves rocher, grejfrut i tymianek.
Żele od YR są stosunkową nowością w mojej kosmetyczce, dopiero niedawno zapoznałam się bliżej z marką. Ten żel to moje wielkie odkrycie, nigdy bym nie pomyślała, że spodoba mi się zapach z domieszką ziół. Idealny na lato, mocno odświeżający i pobudzający. Tymianek naprawdę bierze górę nad grejfrutem, pomimo tego, ja jestem zachwycona. Na pewno chętnie do niego wrócę! 

Pianka pod prysznic Balea, Sweet cake
Balea ma tyle cudownych produktów, w tym pianki do wszystkiego! Ja nie mam dostępu do tych kosmetyków, ale spore ilości dostaję w prezentach. Tej pianki trochę się obawiałam, producent sugeruje, że to zapach sernika z truskawkami. Strasznie nie lubię takich chemicznych zapachów, dlatego trochę zwlekałam z testem. Ostatecznie się zakochałam. Pianka ma idealną, delikatną konsystencję. Jest świetną alternatywą do "zwyczajnych" żeli pod prysznic. Żadna chemia w zapachu nie ma miejsca, jest on słodziutki i bardzo przyjemny.


Kojący balsam do ciała Vianek
Mam ten produkt z wymiany, w transporcie niestety ucierpiała pompka. Moja skóra potrzebuje dużo nawilżenia, a ten balsam sprawdza się idealnie. Nie jest zbyt gęsty i dobrze się rozprowadza, potrzebuje jednak chwilki dłuższego masażu, bo lubi zostawiać białe smugi. Wchłania się szybciutko i do końca. Przepięknie pachnie, a co najważniejsze nieźle nawilża!

Szampon obudowujący Sylveco
Mój ulubiony ostatnimi czasy. Ma przepiękny zapach, świetnie domywa włosy nie wysuszając skóry głowy. Ma naturalny i delikatny skład, za który ogromny plus. Jest bardzo wydajny, chociaż przy "normalnym" myciu nie pieni się mocno. Ja myję skórę głowy metodą kubeczkową, więc nie mam problemu z brakiem piany. Przedłuża świeżość włosów nawet do 3 dni. 


Czarne na Białym, Lawendowa Farma
Mydełko o którym przeczytacie tutaj >klik<. Nie będę zbyt wiele powtarzać, ale jest ono naprawdę rewelacyjne. Świetnie oczyszcza buzię, która jest w świetnym stanie, sprawdza się jako etap demakijażu. Oprócz tego wygląda obłędnie. :)

Maska przeciw niedoskonałościom, czysta glinka l'oreal
Przeczytacie o niej tutaj >klik<. Naprawdę ją polubiłam. Świetnie oczyszcza pory, widocznie je zwęża. Nie przesusza i nie podrażnia skóry. Dawno nie miałam tak fajnej, typowo drogeryjnej maski.

ArgoSpa, aqua lotion, skin79
Najlepiej nawilżający kosmetyk, który miałam. Nazywam go oczywiście kremem, chociaż to typowy lotion. Przeczytacie o nim tutaj >klik<. Świetne nawilżenie, bez tłustej warstwy. Ja właśnie tego szukam w kremie! Żeby był lekki, ale dział. :)

   To tyle moich ulubieńców, jak już mówiłam ostatnio było naprawdę sporo testów. Pokończyło mi się dużo produktów, zaczęło się sporo nowych. Z pielęgnacją też ruszyłam trochę lepiej, bo przecież nie kupuję tych kosmetyków po to żeby leżały i wyglądały... chyba :D.

Dajcie znać, czy znacie te produkty, może któryś również znalazł się na waszej liście ulubieńców. :)



środa, 27 grudnia 2017

Pierwsze rozczarowanie od LUSH

Pierwsze rozczarowanie od LUSH

Hej hej! Wracam po Świątecznym odpoczynku, na dzisiaj z takim postem. Moje zachwyty nad marką LUSH mogą być denerwujące, dlatego dzisiaj chciałam przełamać temat i opowiedzieć wam o małym bubelku. Może nazywanie go bubelkiem to przesada, ale u mnie wywołał rozczarowanie. Mowa o bombie a właściwie robocie do kąpieli pod nazwą ickle baby bot. Skusiłam się na niego oczywiście ze względu na kształt! Nie spodziewałam się jednak, że będzie to takie maleństwo. Gramowo robocik wypada dużo słabiej niż regularne bomby, ale w cenie również jest różnica. 




Jak wszystkie bomby LUSH, zaraz po zetknięciu z wodą zaczyna wydawać ten świetny odgłos rozpuszczając się w wodzie. Nie opada na dno, tylko cały czas dryfuje sobie na powierzchni, uwalniając świetny, niebieski kolor. Niestety z racji tego, że gramowo jest mniejszy, to cała frajda trwa bardzo krótko. Zapach jest mało intensywny, ale mi kojarzy się z cytrusami i uspokajającą lawendą. Nie było brokatu, nie było efektu wow :(. Na szczęście jak po innych kulach lush ciało było nawilżone, skóra była gładziutka, a umysł zrelaksowany. Ogólnie, bardzo fajny umilacz do kąpieli. Moim zdaniem nie wart swojej ceny, myślę, że dzieci byłby z niego zadowolone. W moim przypadku, po paru przygodach z bombami od LUSH'a wymagam więcej! :) 

czwartek, 21 grudnia 2017

Najlżejszy kosmetyk nawilżający do buzi, jaki miałam okazję testować - skin79

Najlżejszy kosmetyk nawilżający do buzi, jaki miałam okazję testować - skin79
   Moja cera, choć sucha, lubi sprawiać dużo kłopotów. Sporo kosmetyków mnie zapycha, wiele nie chce się wchłaniać, niektóre wywołują podrażnienia, inne przesuszają a jeszcze kolejne nie robią nic. Jakiś czas temu widząc nadchodzące denko w moim kremie do buzi i brak zapasu (:OOO) zaczęłam pomału rozglądać się za kremami do buzi. Mocno zainteresowały mnie koreańskie kosmetyki, miałam jeszcze trochę czasu więc mogłam spokojnie zamawiać z Korei. Wtedy z pomocą (?) :D przyszła Justyna i tak od słowa do słowa, odkupiłam od niej ten kremik w świetnej cenie. Przedstawiam wam moje drogie - lekki nawilżający lotion do twarzy argospa marki skin79. Justynie ten krem już się znudził, więc ja chętnie go przygarnęłam. Gdy go zobaczyłam, to oszalałam, bo w życiu nie spodziewałam się tak dużej buteleczki - ma ona aż 125ml! Cena jest dość wygórowana, ale myślę, że gdy przeliczymy to na kremy o normalnej pojemności wychodzi on bardzo korzystnie. Lotion w składzie posiada wodę termalną, która nie tylko świetnie nawilża, ale również zatrzymuje nawilżenie w najgłębszych warstwach skóry.



    Buteleczka jak już pisałam jest przeogromna, gdy ją zobaczyłam zrozumiałam, że faktycznie mógł się komuś znudzić. Teraz stosuję go codziennie od paru tygodni i jestem z niego bardzo zadowolona. Buteleczka jest urocza, posiada podstawowe informacje, bez zbędnych udziwnień. Widoczna jest również ilość produktu, a buteleczka oczywiście zaopatrzona jest w wygodną pompkę. Po pierwszym teście na szybko byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Kremik był bardzo rzadki - w sumie nie wiem czy powinnam go nazywać kremem - lotion to chyba idealne określenie. Jego konsystencja jest naprawdę bardzo lekka, mi na początku skojarzył się z trochę rzadszym żelem aloesowym. Jest dość rzadki i lubi spływać z palca, ale wybaczam mu to. Pachnie bardzo leciutko i nienachalnie, mi ten zapach przypomina lemoniadę, albo wodę z cytryną :D. 


   Rozprowadza się go bardzo sprawnie, krem nie zostawia żadnych smug i wchłania się praktycznie w momencie. Już po chwili nasza buzia jest gotowa na nałożenie makijażu. Nie ma żadnej lepkiej, ani tłustej warstwy. Jak już pisałam wyżej często miałam problem z tym, że krem nie wchłaniał się do końca - tutaj, nic takiego nie ma miejsca. Już po chwili zapominam, że nałożyłam krem na buzię. Przy regularnym stosowaniu widzę poprawę w jędrności skóry. Faktycznie jest ona nawilżona, pomimo drobnych wpadek z kosmetykami, które ją przesuszały, ten krem przywracał jej równowagę. Czegoś takiego szukałam już od jakiegoś czasu! Czasem lubię takie konkretniejsze kremy, ale zawsze mam przy nich problem z makijażem. Szczerze, nie spodziewałam się, że tak leciutka konsystencja może mieć takie super działanie, bez żadnych negatywnych efektów ubocznych! :) Okropnie cieszy mnie fakt, że znalazłam krem, który radzi sobie z moją suchą cerą, a nie jest takim okropnym, ciężkim, tłuścioszkiem. :) 

Serdecznie polecam wam ten lotion, jest to mój ulubieniec.

wtorek, 19 grudnia 2017

Czy znalazłam idealny peeling do buzi? Sylveco, peeling enzymatyczny

Czy znalazłam idealny peeling do buzi? Sylveco, peeling enzymatyczny

    Peeling buzi to zdecydowanie najmniej lubiany w mojej pielęgnacji etap. Peeling z ziarenkami są dla mnie często za mocne, okropnie mnie po nich wysypuje. Enzymatyczne znów ledwo co działają. Jakiś czas temu w moje łapki wpadł ten peeling z sylveco. Pomyślałam, że warto wypróbować, szczególnie ze względu na naturalny skład. Jest to peeling enzymatyczny z papainą, bromelainą i olejkiem geraniowym. Czy znalazłam swój ideał? 


   Zacznę jak zwykle od opakowania. Mam mieszane uczucia, z jednej strony słoiczek wygląda świetnie, ale z drugiej chyba jest mało praktyczny. Myślę, że po odkręceniu wieczka wyjaśnia się sytuacja - peeling jest w takiej formie, że ciężko byłoby go zamknąć w tubce. Konsystencją przypomina lekko schłodzone masło. Jest dość twarde, ale po kontakcie z mokrymi lub ciepłymi dłońmi łatwo wydobyć nam odpowiednią ilość. Kolor jest mało ciekawy, ale pewnie nautralny. Okropny jest natomiast zapach tego kosmetyku, bardzo intensywny, mocno ziołowy i drażniący. Na początku totalnie mnie zniechęci do zużywania, dopiero niedawno go "zaakceptowałam". 


   Produkt należy nałożyć na buzię i wmasowywać przez ok 3-5 minut. Dla mnie to strasznie długo, tym bardziej, że ten produkt nie posiada żadnych drobinek, przez co trochę znika mi pod palcami. Jest okropnie tłusty i na buzi szybko zamienia się w tłustą warstwę. Nie pieni się, tylko tak trochę mydli, sama nie wiem jak to opisać. Nigdy nie pojawiło się u mnie uczucie mrowienia, które ma towarzyszyć enzymom. Po użyciu buzia była gładka, ale.. mam wrażenie, że tego kosmetyku nie da się porządnie domyć i jednak zostawia on taką tłustą warstwę. Zdarzyło mi się też, że wyskoczyły po nim jakieś drobne krostki. Sama nie wiem co o tym myśleć. Oprócz tego ten okropny zapach :(. Niestety nie jest to mój ulubieniec, ani tym bardziej ideał. To chyba jeden z nielicznych naturalnych kosmetyków, który mnie mocno rozczarował. :( 

czwartek, 14 grudnia 2017

Czarne na Białym, czyli jak zaczęła się moja miłość do mydeł naturalnych.

Czarne na Białym, czyli jak zaczęła się moja miłość do mydeł naturalnych.


   Dzisiaj przychodzę do was a bardzo ciekawym produktem. Muszę powiedzieć, że mydełka do twarzy od zawsze kojarzyły mi się źle, zresztą nie tylko do twarzy. Nigdy nie lubiłam mydełek, po prostu ich nie używałam, bo denerwował mnie zapach i ten dziwny osad na ciele potem. Jakiś czas temu w paczce urodzinowej dostałam kawałek mydełka "czarne na białym" z Lawendowej Farmy. Trochę czekało na swoją premierę, a teraz już nie wyobrażam sobie codziennej pielęgnacji bez niego i wiem, że będę sięgać po nowości i kontynuować mydełkową miłość.


"Jeśli zależy Ci na mydle, które oczyści skórę, ale nie tak radykalnie jak czarne mydła, Czarne na Białym będzie w sam raz: jest delikatniejsze, bo zawiera mniej aktywnego węgla i nie zawiera olejków eterycznych, a ponieważ powstało w dużej części z oliwy i oleju ze słodkich migdałów, skutecznie natłuszcza i nawilża skórę."


   Spójrzcie tylko jak cudnie się prezentuje! Mydełka sprzedawane są po 100g, taka kostka starcza chyba na wieki, bo z mojego kawałka nic nie ubywa a używam go codziennie. :) Mydełko ma zbitą formę, wygląda świetnie, w kostce widoczne są kawałki węgla i oleju. Dobrze się pieni na ręce, tworzy delikatny pianko-mus. Z racji tego, że jest na bazie oleju - skutecznie rozpuszcza resztki makijażu, zmywa zanieczyszczenia i nadmiar sebum. Dodatek węgla świetnie oczyszcza. Tak naprawdę, jest świetną alternatywą do olejków do demakijażu - nigdy nie udało mi się znaleźć odpowiedniego dla mnie. Zdarza mi się używać go też na oczy i w moim przypadku ich nie podrażania. Mydełko ma dość naturalny zapach, z racji tego, że nie posiada olejków eterycznych. Mi to totalnie nie przeszkadza, bo jego działanie wynagradza mi wszystko. Po jego użyciu myję buzię żelem. Moja cera ma się ostatnio tak dobrze jak nigdy i myślę, że to mydełko jest właśnie jednym z powodów... :) 

Koniecznie zajrzyjcie do sklepu Lawendowa Farma >klik< , ja sama próbuję powstrzymać się przed zrobieniem ogromnych zapasów mydełek :D.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Testuję z wizażem! Garnier botanical, seria przywracająca komfort dla cery suchej i bardzo suchej!

Testuję z wizażem! Garnier botanical, seria przywracająca komfort dla cery suchej i bardzo suchej!

   Kolejna seria, którą dostałam do testów od wizażu. Powiem wam, że niestety często nabieram się jeszcze na te "naturalne" składy na drogeryjnych półkach, a potem w domu zawsze żałuję. Ta seria spodobała mi się gdy tylko zobaczyłam ją w internecie, nawet kupiłam sobie żel, ale nie doczekał się testu, a dowiedziałam się, że dostałam się do testowania. Byłam bardzo zadowolona, bo moja sucha cera ma problem z doborem żelu, który jej nie przesusza, a poza tym, chyba jeszcze nie testowałam całej linii kosmetyków na raz i byłam ciekawa jaki efekt to przyniesie! Spodobało mi się również to, że seria oparta jest na miodzie kwiatowym. Jej zadaniem jej przywracanie komfortu suchej skórze, a w skład wchodzi mleczko do demakijażu, tonik, żel i krem. Czy się sprawdziła? No nie do końca! 
Zacznę od najgorszego produktu... 

mleczko do demakijażu:

Moim zdaniem to zdecydowanie najgorszy produkt z serii. Zacznę od tego, że producent chyba słabo śledzi trendy i zapotrzebowanie na rynku, bo z tego co mi wiadomo, mleczka to najmniej lubiana forma demakijażu. Sama bardzo ich nie lubię.. są tłuste, rozmazują makijaż. Te mleczko ma strasznie dziwną konsystencję. Nie jest typowym mleczkiem, tylko po wylaniu na wacik lekko się wchłania prawie jak tonik. Totalnie nie radzi sobie z demakijażem - w moim przypadku nie zmył nawet zwykłego tuszu do rzęs. Na pewno do niego nie wrócę. 
Ocena 1/5

żel do mycia buzi:

W tym żelu pokładałam duże nadzieje, licząc, że nie przesuszy mojej buzi. Niestety i ten produkt słabo się u mnie sprawdził. Co ważne, produkt jest zamknięty w butelce z pompką, za to ogromny plus. Żel strasznie mocno się pieni i czasem ta ilość piany na buzi jest przesadna. Oczyszcza nawet przyjemnie, ale po przepłukaniu wodą zostawia skórę okropnie wysuszoną. Takie rzeczy nie powinny mieć prawa bytu przy kosmetykach do cery suchej.. No tak, ale SLS na trzecim miejscu w składzie robi niestety swoje.
Ocena 2/5

krem nawilżający:

Ma ciekawe pudełeczko i dość przyjemną konsystencję. Przyjemnie rozprowadza się go buzi, niestety nie wchłania się do końca, pozostawia tłustą warstwę. Nie nadaje się pod makijaż, ja nakładam go jedynie na noc. Nawilżenie nie jest jakieś zauważalne, ot taki średniak. Na całe szczęście nie pogorszył suchej skóry, ani nie wysypało po nim krostek.
Ocena 3/5

tonik:

W końcu jakiś produkt, który mi odpowiada, ale i tak mam zastrzeżenia i to od nich zacznę. Tonik powinien być zamknięty w butelce z atomizerem, co ułatwiłoby nam jego aplikację bezpośrednio na buzię. W przypadku tego, trzeba go najpierw nałożyć na wacik, gdzie jego większość zostaje. Na buzi totalnie się wchłania, nie pozostawia lepiej warstwy. Odświeża buzię nie przesuszając jej. Dziwne tylko, że ten miód na którym miała być oparta seria znajduje się w składzie po alkoholu. No cóż.
Ocena 4/5

Niestety ta seria nie przypadła mi do gustu, wręcz mnie rozczarowała. Kosmetyki do cery suchej powinny raczej ją nawilżać, a nie dodatkowo przesuszać. Nie rozumiem z jakiej racji znajduje się w niej tyle wysuszających składników. Do gustu przypadł mi zapach serii, co do opakowań miałam zastrzeżenia. Cieszę się, że miałam możliwość przetestowania tych kosmetyków, upewniłam się tylko, że jednak drogeryjne składy są mocno "naciągane".

sobota, 9 grudnia 2017

Yankee candle, warm cashmere

Yankee candle, warm cashmere

   Ostatnio totalnie pochłonęły mnie wszystkie woski, świece i zapachy, moja kolekcja się powiększyła, a ja nadal chcę więcej! Ostatnio zrobiłam porządki w moim magicznym pudełku z zapachami, wszystko posegregowałam i zawinęłam w pergamin, aby zapachy nie przenikały. Wyszło mi tego dwa kartony (bez świec)! Oczywiście zaczęłam marudzić, że nic więcej nie kupuję, a dwa dni później, czyli dzisiaj wróciłam do domu z kolejnym woskiem i planem zakupu nowej świecy! Niestety to już jest uzależnienie, ale czas je zacząć kontrolować. Mam sporo końcówek wosków, których wcześniej szkoda było mi palić, ale teraz to nadrobię, żeby zrobić trochę miejsca.


     Ale dzisiaj przychodzę do was ze stosunkową nowością - wosk warm cashmere, z tegorocznej kolekcji yankee candle Q3 - fall in love. Od początku wiedziałam, że ten zapach koniecznie muszę poznać, a jak tylko powąchałam go w sklepie, to wiedziałam, że trafi do moich ulubieńców! Uwielbiam otulające zapachy, szczególnie jesienią i zimą. Właśnie taki jest warm cashmere! Dokładnie z takim zapachem mi się kojarzy - ciepłego kaszmiru.. sweterka, koca i relaksu. Na sucho pachnie średnio intensywnie, ale po odpaleniu jego moc jest naprawdę dobra! Zapach jest intensywny, bardzo kremowy... Nie ma drażniących nut, nie powoduje bólu głowy, śmiało można go palić nawet w małym pomieszczeniu. Po pewnym czasie wyczuwałam w nim zapach eleganckich perfum. Jestem w tym zapachu totalnie zakochana i chętnie do niego wrócę. Idealny na jesienne i zimowe wieczory pod kocykiem. Dodam jeszcze, że na sucho bardzo przypominał mi brown paper packages z yankee. :) Zapach wpada do ulubieńców!

Znacie go? Jakie zapachy wybieracie na zimne wieczory? :)

zapraszam do społeczności google+ :) śmiało publikujcie swoje posty z recenzjami zapachów :) 



czwartek, 7 grudnia 2017

Isana żele z limitowanej edycji - jesień/zima

Isana żele z limitowanej edycji - jesień/zima
   W kwestii żelu pod prysznic nie zwracam raczej uwagi na skład. Najczęściej sięgam po żele isana, bo są tanie, bardzo wydajne, pięknie prezentują się na półce a oprócz tego mają przepiękne zapachy. Od żelu tak naprawdę nie wymagam dużo, ważne żeby nie przesuszał, ładnie pachniał i się pienił. Nie wierzę w żadne nawilżające wersje, moim zdaniem to nie rola żelu. Właśnie dlatego dzisiaj mam posta z tymi żelami - limitowane zapachy na jesień i zimę. Udało mi się kupić je wszystkie, ale muszę przyznać, że znikały z półek w mgnieniu oka! Obleciały cały instagram, bo prezentują się tak świetnie. :) 


Tak jak pisałam wyżej, te żele mają wszystkie cechy, których ja poszukuję. Nie przesuszają mojej skóry, świetnie się pienią. Wszystkie mają dość gęste konsystencje, przez co są wydane. Buteleczki oprócz tego, że są śliczne, świetnie wyglądają na półce, ale są też poręczne i wytrzymałe, bo przeżyły nie jeden upadek w łazience. 


Żel pod prysznic o zapachu wiśni i lukrecji
Zapachu lukrecji bardzo nie lubię, ale za to wiśnię uwielbiam! Też żel okazał się zapachowym strzałem w dziesiątkę, bardzo mi podpasował. Jest słodziutki, czuć w nim i wiśnię i lukrecję. Jest najmniej kremowy ze wszystkich wersji, ale nadal świetnie się pieni. Ma lekko fioletowy kolor, co jest jeszcze większą frajdą! Poza tym spójrzcie tylko na tą etykietkę.. :) 

Żel pod prysznic o zapachu słodkich śliwek i karmelu
Ten zapach to idealne odwzorowanie nazwy. Pachnie przepięknie, bardzo słodko, ale przełamany jest lekko kwaśną nutą. Ja bardzo mocno wyczuwam w nim śliwki. Żel jest gęsty, ale nie typowo kremowy. Ma intensywny, ciemny kolor. Opakowanie aż chce się zjeść! Jest to zapach rozgrzewający, choć ja znajduję w nim orzeźwiające elementy.


Kremowy żel pod prysznic o zapachu wanilii i kwiatów tabaki 
Nie mogę przejść obojętnie obok zapachu wanilii, naprawdę go uwielbiam! Zresztą kocham wszystko co słodkie! Ten żel jest już bardziej kremowy, a jego zapach jest wielowymiarowy. Nie mam pojęcia jak pachnie kwiat tabaki, ale czuje tu mocną wanilię przytłumioną kolejnym słodkim zapachem. Uwielbiam go! Jest świetnym otulaczem na zimne wieczory. Ma piękny perłowy kolor.

Kremowy żel pod prysznic o zapachu drewna sandałowego i mandarynki
Ten zapach jest chyba moim najmniej ulubionym. Zdecydowanie mi coś przypomina, ale nie mogę skojarzyć co. Ja nie czuję w nim mandarynki, drzewo sandałowe szczerze też tak średnio. Też raczej wydaje mi się, że jest wersją odświeżającą, a sam zapach średnio kojarzy mi się z zimą i otulaczem. Tak czy siak, jest nawet przyjemny.

Ciężko wybrać mi mojego ulubieńca, lubię wszystkie te zapachy! Cieszę się, że zrobiłam taki zapas, bo wiem, że żele szybko się zużyją, a akurat w moich zapasach się kończyły. Isana świetnie się wstrzeliła z tymi zapachami i nową formą opakowań. Najchętniej zostawiłabym je wszystkie cztery pod prysznicem, ale chyba wypada używać ich po kolei. Znacie te żele? Używacie? Czy raczej inwestujecie w coś bardziej naturalnego?:)

niedziela, 3 grudnia 2017

Testuję z wizażem! Rimmel lasting finish breathable

Testuję z wizażem! Rimmel lasting finish breathable
   
     Ale się stresuję! To mój pierwszy post z kolorówką! Nie wiem jak podołam zadaniu, nie wiem jak Wy to odbierzecie, ale mam nadzieję, że dobrze! Przychodzę do was z nowością na rynku, którą testuję dzięki wizażowi. Mowa oczywiście o podkładzie rimmel lasting finish breathable, 25h. Jest to nowa, zmieniona wersja pewnie znanego wam podkładu lasting finish. Muszę przyznać, że mam niezły problem z zakupem podkładów. Na co dzień nie potrzebuję mocnego krycia, ledwie lekkiego wyrównania kolorytu - ciągle szukam podkładu, który byłby na tyle lekki. Dlatego zazwyczaj stawiam na krem BB, który na pewno wam tu opiszę, bo jest moim odkryciem. Na "wyjścia" za to szukam czegoś, co zakryje wszystko co bym chciała i będzie na mojej buzi bez poprawek - tutaj idealnie sprawdza mi się catrice full HD i o nim na pewno też będzie post! :) Ale dzisiaj o Rimmel'u, jak mi się sprawdził? Do której kategorii go wrzucam? :) Zapraszam! 

Podkład lasting finish breathable jest to podkład o ultralekkiej konsystencji zapewniający długotrwałe krycie dla efektu nieskazitelnej i naturalnej cery. Według producenta podkład ma średnie krycie, a na buzi ma utrzymywać się do 25h.

    
   Zacznę od buteleczki - raczej typowo dla podkładu, jest ona szklana. Niewiele, oprócz kolorów różni się od poprzedniej wersji. Jest skromna, bez zbędnych udziwnień. Szok pojawia się w momencie odkręcenia buteleczki, bo.. zamiast pompki widzimy tam ogromną pacynkę - jak w przypadku korektorów. Naprawdę, mega mnie to zaskoczyło, bo takiego rozwiązania jeszcze nie widziałam. Przerobiłam już pompki, pipetki a nawet brak aplikatora, ale tutaj był to szok. Moim zdaniem jest to średnie rozwiązanie, bo ten aplikator jest mało higieniczny. Nakładamy nim produkt na buzię, a potem chowamy go do buteleczki - rozwój bakterii - blee. Ja po prostu nakładam tym aplikatorem na rękę(umytą oczywiście), skąd łatwo aplikować go na buzię pędzelkiem, gąbeczką, lub palcami. Podkład jest rzadki i płynny - mi osobiście taka forma pasuje, wygodnie się go aplikuje i rozprowadza, nie zostawia smug i plam.

   
   W 100% zgadzam się z producentem co do krycia - faktycznie jest ono średnie, jak dla mnie idealne. Pięknie wyrównuje kolory, zakrywa to co trzeba nawet bez pomocy korektora. Nie tworzy efektu maski, jest naprawdę lekki. Nie odczuwam go na buzi, czuję się "w nim" dobrze. Ważne jest też to, że podkład nie powoduje świecenia się. Lekkim minusem jest fakt, że nawet najjaśniejszy kolor trochę ciemnieje na buzi. Myślę, że typowe bladziochy się z nim nie polubią. Co do trwałości - nie wiem skąd producentom biorą się te doby dla podkładów, nigdy w to nie uwierzę :D. W przypadku tego podkładu jest nieźle - trzyma się na buzi bez bazy, poprawek i pudru ok. 6 godzin. 

    Do której kategorii go wrzucam? Myślę, że jest idealny na co dzień. Nie tworzy maski, jest lekki, nie mam problemu z jego aplikacją. Na większe wyjścia myślę, że też dałby radę, ale jakoś nie miałam okazji go przetestować :D. Jestem z niego bardzo zadowolona i polecam wszystkim, którzy poszukują podkładu ze średnim kryciem, na co dzień, który nie tworzy efektu maski!


Jaki jest wasz ulubiony podkład?
I jak Wam się spodobał "kolorowy" post? Chcecie więcej kolorówki? :) 

Zapraszam na blogowego instagrama! 
>KLIK<

piątek, 1 grudnia 2017

Tony Moly I'm real - kontynuacja serii

Tony Moly I'm real - kontynuacja serii
    Dzisiaj przychodzę do was z dwoma recenzjami masek z serii Tony Moly I'm real. Tym razem opiszę wersję brokułową i makgeolli. Maseczki zamawiałam z ebaya, gdzie były bardzo tanie, ok 1$ za sztukę. Doszły do mnie dość szybko, byłam bardzo zadowolona. Może kiedyś zrobię post o zakupach na ebayu :D. Te dwie maseczki testowałam już jakiś czas temu, dlatego obie postanowiłam wrzucić w jeden post. Jak zawsze piszę, maski te mają naprawdę świetne opakowania - od razu rzucają się w oczy. Są ogromniaste, w środku jest płachta i całe mnóstwo esencji, które starcza na wysmarowanie całego ciała! Płaty zawsze są dobrze przycięte, łatwo dopasować je do buzi. :)


Broccoli mask sheet, vitality.
Przy każdym poście o maskach tony moly z serii i'm real wspominam o tym, że do tej pory brokułowa okazała się największym bubelkiem, dlatego właśnie postanowiłam dodaj jej zaległą recenzję. Ta maseczka ma działać rewitalizująco, niestety w moim przypadku nie sprawdziła się wcale. Bałam się używania tych warzywnych wersji, bo jakoś średnio wyobrażałam sobie ich zapach i działanie. Pod względem zapachu wersja brokułowa okazała się.. alkoholowa :P. Zapach strasznie intensywny, wręcz przeszkadzający i drażniący. Przez ten zapach, praktycznie od razu maseczkę miałam ochotę zdjąć, ale wytrzymałam z nią na buzi jakieś 30 minut. W trakcie pojawiło się lekkie rozgrzanie na buzi, bałam się, że maseczka mnie podrażni, ale na szczęście nie pogłębiło się to. Po zdjęciu płachty moja buzia była.. w niezmienionym stanie. Niestety, szkoda. Przez to lekkie rozgrzanie przestraszyłam się, że wyskoczy mi jakieś uczulenie, więc umyłam buzię z resztek esencji, a resztę wyrzuciłam. :( 



Makgeolli mask sheet, purifying
Tym razem wersja makgeolli, czyli z ryżowym alkoholem. Ta wersja sprawdziła mi się bardzo dobrze, ale nadal nie przebiła mojego ryżowego ulubieńca. Zapach tej maski był dość intensywny, ale nie przeszkadzał mi tak, jak ten brokułowy. Po zdjęciu tej maski na buzi nie było lepkiej warstwy - która pojawia się jednak w większości masek z tej serii. Co najważniejsze działanie - było zdecydowanie lepsze niż brokułowej wersji. Zaczerwienienia jakby się zmniejszyły, buzia była rozjaśniona a koloryt wyrównany. Nie pojawiło się żadne podrażnienie, cera była uspokojona i zadowolona. Od czasu regularnego używania masek zauważyłam ogromną zmianę w zachowaniu mojej cery. :) 

Podsumowując - mamy tu najgorszą i jedną z lepszych masek z tej serii! A Wy jak? Znacie je? :)
Copyright © 2016 małe życie , Blogger